Produkcja filmu reklamowego

W ostatnim czasie miałem niewątpliwą przyjemność rozmawiać z moją znajomą, która pracuje w jednej z liczących się agencji reklamowych. Przebywała ona na planie zdjęciowym jednego ze spotów realizowanych przez jej zespół. Było to pierwsze w jej karierze tego typu wydarzenie. Postanowiłem podpytać ją o wrażenia oraz napisać o tym na moim blogu. Opowiedziała mi bardzo dużo ciekawych rzeczy, którymi dzielę się teraz z Wami.
Wszystko zaczęło się około godziny 7:00 rano. Pojawiła się ekipa i rozstawiła sprzęt. Liczyła sobie ona około 20 osób. “Bardzo fajni ludzie. Zgrana ekipa” - mówi moja koleżanka. Składała się ona z reżysera i jego asystenta, operatorów kamery z wózkiem, oświetleniowców, techników, “mądrej głowy” od wszystkiego, ludzi zajmujących się rekwizytami oraz stylizowaniem planu (z wykształceniem gastronomicznym), monterów i “sprzętowców”, producenta oraz kilku innych osób mniej lub bardziej związanych z produkcją. Plan zdjęciowy znajdował się w bardzo dużej hali, na środku której spoczywały rekwizyty oraz aktorka, oświetleni blaskiem reflektorów, otoczeni niezliczoną ilością sprzętu. W tle wisiał sobie spokojnie zielony ekran, który potem posłużył do wkomponowania tła. Na reflektory zostały założone blendy, które rozpraszały światło. Kilka metrów dalej stał wózek z przytwierdzoną kamerą, aby realizować jazdy w ujęciach, podglądane przez ekipę na niezliczonej ilości telewizorów podglądowych. Wszystko to zostało usłane kabeliadą w najróżniejszej postaci.
O 9:00 pojawił się Klient, który objął funkcję czegoś w rodzaju Executive Producer’a podejmując decyzje o “jakości” każdego z ujęć. Pierwszą rzeczą, która rozbawiła cała ekipę to kwestia zawartości samej reklamy, czyli wtaczające się na talerz maleńkie warzywka. Zagranie tej sceny wraz z jazdą kamery wymagało jakieś 20 dubli. Bardzo mnie zdziwiło, że takich rzeczy nie robi się dzisiaj w aplikacjach do 3D, takich jak 3D Studio Max czy Blender. Okazuje się jednak, że jest to po prostu za drogie. Kolejną rzeczą, która wydała mi się zadzwiająca było “Motion Control”, którym okazało się dwóch ochoczych studentów. Mieli oni precyzyjnie przesuwać kamerę za każdym razem tak samo. Na szczęście nie miało to służyć do tego, do czego przeznaczone jest prawdziwe motion control.
Całość obserwował klient, podejmujący decyzje w kluczowych momentach. Głównie miało to służyć temu, aby nie musieć potem tłumaczyć się klientowi z każdego ujęcia. Skoro on je akceptował, to nie może mieć teraz za złe nikomu, że wyglądają tak, a nie inaczej. Swoją drogą to musi być niezła zabawa, szczególnie dla kogoś, kto po raz pierwszy jest na planie zdjęciowym. Ostatecznie zdjęcia zakończyły się we wczesnych godzinach wieczornych, więc całkiem wcześnie.
Komentarze (0)
